sobota, 28 grudnia 2013

01.

      1
"Samotność jest złudzeniem. Myśli człowieka krążą zawsze koło innych ludzi i łączą go z ich losem, który na próżno stara się odepchnąć."
~ Zofia Nałkowska

Kolejny raz szłam tą samą trasą. Znałam ją na pamięć, każdy szczegół, wszystko. Zimne krople jesiennego deszczu ciężko rozbijały się o chodnik. Pierwszy raz cieszyłam się, że pada. Łzy, które wypływały z moich oczy, zlewały się z deszczem. Było mi obojętne czy ktoś zobaczy, że płaczę, nie obchodziło mnie to. Obijałam się o ludzi, którzy patrzyli na mnie ze zdenerwowaniem. Zero zrozumienia.
      Moje czarne trampki zaczęły namakać, a granatowa, szeroka bluza płasko przylegać do ciała. Jednym ruchem narzuciłam na głowę kaptur i przyśpieszyłam kroku. Kolejne gniewne spojrzenia, skierowane w moją stronę. Uniosłam do góry dłoń i pokazałam wszystkim środkowy palec. Nie obchodziła mnie ich opinia.
Weszłam do pierwszego, lepszego sklepu.
-Coś podać?- niska brunetka zwróciła na siebie moją uwagę. Przez chwilę tępo wpatrywałam się w nią, zastanawiając się co takiego chciałam kupić.
-Cienkie L&M.- rzuciłam, kładąc na ladę pieniądze. Czułam na sobie palące spojrzenie dziewczyny. Mozolnie podała mi paczuszkę i wydała resztę. Odwróciłam się i ruszyłam do drzwi.
-Do zobaczenia!- krzyknęła za mną, ale nie miałam zamiaru jej odpowiadać.
Włożyłam do ust papierosa i zaciągnęłam się dymem, który nieprzyjemnie zaczął drażnić moje gardło. Usiadłam na jednej z ławek i poczułam jak ogarnia mnie spokój. Chciałam choć na chwilę zapomnieć o wszystkim.
      Godzinę temu dowiedziałam się, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Nie miałam już nikogo. Wszystko się skończyło. Jakiś pędzący na motorze idiota zabrał mi rodzinę. Przecież to nic takiego.
      Po moim policzku spłynęła kolejna, słona łza. Wstałam z ławki i ruszyłam w kierunku parku, do którego kiedyś chodziłam z rodzicami. Latem jest w nim pełno ludzi. Dzieci biegają, bawią się z rówieśnikami, pary spacerują, trzymając się za ręce. Teraz nie było tu nikogo. Niegdyś miejsce tętniące życiem, teraz tylko szary i ponury park, po którym nawet nie chciało się spacerować.
      Usiadłam pod jednym z drzew i spojrzałam w niebo. Zastanawiałam się, czy Bóg istnieje, a skoro tak, to dlaczego jest taki obojętny, dlaczego zabiera nam wszystko co najcenniejsze. Czym zasłużyłam sobie na takie cierpienie, na taki ból. To niesprawiedliwe. Nic mi się w życiu nie udaje. Nic. Wszystko niszczę.
      Jesienny wiatr rozwiał moje krótkie, ciemne włosy. Dopiero teraz poczułam jak zimno jest dzisiejszego ranka. Moje ubrania były całkiem przemoczone, a buty usmarowane błotem. Teraz już wiem, dlaczego dziewczyna ze sklepu tak się na mnie patrzyła. Wyglądałam okropnie, jak jakaś bezdomna. Niezdarnie podniosłam się z ziemi i ruszyłam w stronę domu.
      Poczułam niewielki ucisk z tyłu głowy, ale starałam się nie zwracać na niego uwagi. Zatrzymałam się i mocno wciągnęłam powietrze do płuc, ale nic to nie dało. Ból zaczął się nasilać. Zacisnęłam powieki i zrobiłam kilka kroków, ale to jeszcze pogorszyło sprawę. Oparłam się o stojącą niedaleko latarnię i starałam się uspokoić. Po chwili ból zwalił mnie z nóg, a moja twarz boleśnie uderzyła o ziemię. Miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie mi głowa. Nie wiedziałam co się dzieję. Wiłam się na ziemi i wyłam z bólu, ale nikt mi nie pomagał. Nie chciałam wiele, marzyłam tylko, by te męczarnie się skończyły.
      Ktoś delikatnie uniósł mnie do góry. Ostatnie co pamiętam, to smutne, brązowe tęczówki wpatrzone we mnie. Wyglądały jak oczy anioła. Potem nie było już nic. Ból ustał. Zemdlałam.
***
      Moje powieki były bardzo ciężkie, ale uniosłam je. Oślepiło mnie jasne światło, które dawała lampka stojąca obok łóżka, na którym leżałam. Domyśliłam się, że jestem w szpitalu. Głowa nadal mnie bolała, ale dało się to znieść. Dźwignęłam się na rękach i wyrywając wenflon, wyszłam z sali. Miałam na sobie nieswoje ubrania. Szybkim krokiem mijałam ludzi. Modliłam się, by nikt mnie nie zobaczył. Raptem coś, a właściwie ktoś przykuł moją uwagę. Ta dziewczyna. Ta sama, która sprzedawała mi papierosy. Stała przy automacie z kawą. Czyżby... Nie, to niemożliwe. To nie mogła być ona. Przecież poznałabym te oczy. Chyba, że w sklepie nie zwróciłam na nie uwagi. Nie było innego wyjścia, musiałam przejść obok niej. Ruszyłam wolnym krokiem. Już myślałam, że mnie nie zauważy, kiedy odwróciła się i nasze spojrzenia się spotkały. Te oczy.
-Co ty...?-zaczęła.
-Wychodzę.- warknęłam i ruszyłam do wyjścia.
-Musisz zostać w szpitalu!- złapała mnie za nadgarstek i odwróciła w swoją stronę. Miała siłę, muszę to przyznać.
-Po co? Nic mi nie jest!- wyrzuciłam ręce w powietrze, chcąc dać jej do zrozumienia, że nie obchodzi mnie jej zdanie.
-Osoba, której nic nie jest, nie mdleje z bólu.- trafiła, ale nie byłam dziewczyną, która się posłucha. Nie słuchałam nikogo.
-Nawet mnie nie znasz. Z tego co wiem, to jestem dorosła.- odwróciłam się na pięcie i wyszłam z budynku. Wiedziałam, że idzie za mną, ale nie zwracałam na nią uwagi. Dogoniła mnie i teraz szłyśmy ramię w ramię.
-Robisz głupstwo.- kontynuowała przekonywanie mnie.
-Odczep się!- wybuchłam, ale zaraz poczułam się źle. To nie jej wina, że poznała mnie akurat dzisiaj. Spuściłam głowę i wsadziłam dłonie do kieszeni czarnych rurek.- Przepraszam.-szepnęłam w jej stronę. Myślałam, że nie usłyszała, więc spojrzałam na nią. Na jej twarzy widniał uśmiech. Wiedziała, że właśnie wygrała. Przewróciłam oczami i zbliżyłam się do dziewczyny. Teraz naprawdę byłam zła. Zła na nią i na siebie, że tak szybko ze mną wygrała.
-Posłuchaj mnie. Nie znamy się, nie wiem kim jesteś i o co Ci chodzi. Mam gdzieś co myślisz.- już miałam zacząć iść, ale przypomniałam sobie o czymś.-To Twoje ubrania?-spojrzałam na nią. Nieznacznie pokiwała głową. Szybkim ruchem zdjęłam z siebie bluzę i podałam jej.-Wiem gdzie pracujesz. Przyniosę Ci je niedługo.-powiedziałam na odchodnym.
***
      Weszłam do mieszkania, które w tej chwili wydawało się takie puste i pozbawione życia. Rzeczy moich rodziców leżały tak, jak zostawili je wczoraj. Miałam wrażenie, że zaraz wejdą do pokoju i wszystko będzie w porządku, ale życie nie jest tak kolorowe jak nam się wydaje.
      Zdjęłam ubrania brunetki i nałożyłam granatowe rurki i czarną bluzę z napisem „Iron Maiden” . Rzeczy dziewczyny włożyłam do plecaka i zakładając kaptur, wyszłam z mieszkania, kierując się w stronę sklepu, w którym pracuje nieznajoma.
      Dochodziła dwudziesta pierwsza, więc przyspieszyłam kroku. Zatrzymałam się niedaleko sklepu i patrzyłam jak brązowooka zamyka lokal i szybko rusza w innym kierunku. Poszłam za nią i chwilę potem dzielił mnie od niej tylko metr. Zaszłam jej drogę, na co ta podskoczyła ze strachu.
-To ty.-szepnęła.
Brawo.
-Twoje ubrania.-podałam jej reklamówkę.-Eee... dzięki... za wszystko.
Minęłam ją i ruszyłam przed siebie. Poczułam jak chwyta mnie na rękę i zatrzymuje.
-Przejdziesz się ze mną?-spytała cichutko.
Kiwnęłam twierdząco głową.
     Podczas spaceru panowała między nami przyjemna cisza. Robiło się coraz zimniej i zaczęłam żałować, że nie ubrałam czegoś cieplejszego. Z kieszeni rurek wyciągnęłam małą paczuszkę papierosów. Wzięłam do ust jednego i zapaliłam. Dym ukoił moje stargane nerwy i uspokoił rozbiegane myśli.
-Jak masz na imię?-ciszę przerwała brązowooka.
-Lena.
Widziałam jak się uśmiecha, a po chwili wybucha niepohamowanym śmiechem. Zawtórowałam jej.
-Jestem Alicja.-wyciągnęła dłoń w moją stronę. Zawahałam się, ale po chwili uścisnęłam ją.- Nareszcie się uśmiechnęłaś.-zauważyła.
-To dobrze?-zaciągnęłam się i zatrzymałam na chwilę dym w płucach.
-Tak... chyba tak.-jej uśmiech był tak szeroki, że dotykał oczu.- Ale nie powinnaś palić. To niezdrowe.-trąciła mnie zaczepnie w ramię.
-Dobrze, mamo!-zaszydziłam.
-Odpowiesz mi na jedno pytanie?-zatrzymała się i spojrzała na mnie. Nawet teraz widziałam czekoladowy kolor jej tęczówek.
-Zależy.-uniosłam jedną brew ku górze.
-No dobrze.-widziałam jak nabiera powietrza do płuc.-Kiedy widziałam Cię wtedy w sklepie, byłaś taka... smutna, zła. Nie wiem jak to określić. Co się wtedy stało?-spuściłam głowę, ale nadal czułam na sobie jej palące spojrzenie. Każde pytanie byłoby łatwiejsze. Gdyby był to ktoś inny, to pewnie odwróciłabym się i uciekła, ale to była Alicja. Mimo że jej nie znałam, to wiedziałam, że mogę jej zaufać. Wiedziałam, że mnie zrozumie. Jakaś niewidzialna nić przyciągała mnie do niej, a ja nie potrafiłam się temu oprzeć. Nie, ja nie chciałam się temu oprzeć.
-Moi rodzice... oni zginęli w wypadku samochodowym.-widziałam jak na jej twarzy pojawia się szok. Złapała moją dłoń i przyciągnęła mnie do siebie. Do moich nozdrzy dotarł niesamowity zapach jej perfum. Nie wiedziałam czy mogę ją przytulić, ale po chwili z moich oczu poleciały słone łzy i schowałam twarz w jej miękkich, ciemnych włosach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz